Poznać siebie...
RSS
środa, 30 września 2015

Czy Wy też tak macie, że zawsze coś? Nie da się przeżyć tygodnia bez jakiejś troski? Próbujemy sprzedać naszą działkę, zadzwoniła Pani ale nie zgadza się na taką cenę. Owszem, kupi ale grubo poniżej wartości. Działka jest w pełni wyposażona, ma łazienkę, ubikację, hydrofor, szambo, przyłącze pod zlewozmywak, miejsce pod piecyk itd., itp. Nie będzie łatwo.

W poniedziałek mama w znakomitym humorze, wieczorem usmażyła nawet racuchy, chociaż nie miała siły pokroić jabłek, ja pokroiłam, mama usmażyła. Były pyszne. A wczoraj - podkówka w dół i teksty w stylu "sama nie wiem co mi jest" prawie płacząc.

Wieczorem tekst - kot dzisiaj leżał cały dzień, nic nie zjadł. Kot ma 11 lat, faktycznie schudła ostatnio dość mocno i szybko. Trzeba do weterynarza. Same badania z profilem nerkowym i wątrobą to około 100 zł. Skąd wziąć? Kurtki na zimę nie ma, butów nie ma. Ale z kotem muszę iść.

Rano - dzieciak sąsiadów wylał na siebie kawę, poparzył się. Jego ojciec awantura na cały dom. K.., h... i tym podobne na żonę, że go nie dopilnowała. Czy ja musze wysłuchiwać awantur obcych ludzi, za jakie grzechy muszę się z nimi mijać w jednym korytarzu i korzystać z jednej łazienki. Bo oczywiście Państwo Urzędasowstwo nie mają od 2 miesięcy czasu na rozpatrzenie naszego wniosku o rozkwaterowanie. Chociaż termin już minął, jakiejkolwiek odpowiedzi brak. Dzwonię dzisiaj pod wskazany numer i nikt nie odbiera.

 

A jeszcze zapomniałam dodać, że w zeszły piątek tata miał atak bólu żołądka, tak silny, że mama zastanawiała się nad wezwaniem pogotowia. Na szczęście przeszło.

 

Więc za czyje grzechy? Przeklęci jacyś jesteśmy czy co? Bo zawsze coś :(

środa, 23 września 2015

Z nowości nie ogłoszonych w poprzednim wpisie uprzejmie donoszę, że pomimo pewności, że wszystko z moimi "kobiecymi sprawami" jest ok, okazało się, że jednak nie jest. Nie mogę w tym cyklu podjąć próby zajścia w ciążę ponieważ będzie ona nieudana. Lekarz stwierdził, że trzeba zrobić stymulację hormonalną. Pęcherzyk postanowił nie rosnąć i ma w dupie moje chęci bycia mamą.

Ileż ja już przejrzałam stron, forów itp. o staraniach. W Internecie są tego setki. Rozumiem potrzebę wsparcia, bo ja też czuję się rozczarowana i pewnie było by miło gdyby ktoś mnie pocieszył, że uda się w październiku, czy coś. Ale jednocześnie tak strasznie mnie wkurwia ten język, te "owulki", "bety", "tempki" "@" i fasolkowania. Nie wiem jak to jest starać się rok, dwa czy więcej. Te starania przesłaniają tym dziewczynom zdrowy rozsądek. Nie mogę tego czytać a jednocześnie nie mogę przerwać.

No i nie napisałam jeszcze o najważniejszym. Mam tylko jedną próbę - ponieważ od listopada zmienia się ustawa o in vitro. Kogo temat interesuje niech sam się doczyta.

Jeśli się nie uda za tym pierwszym i jedynym razem, zbieram kasę i spierdzielam do Czech. Tam można i nawet w przeliczeniu na EURO wychodzi taniej niż u nas.

Pozdro.

 

czwartek, 17 września 2015

Bardzo dawno mnie tu nie było. Komputer padł na amen, więc w zasadzie w domu w ogóle nie korzystam z netu. I tak dzień za dniem, dzień za dniem.

Blog założyłam, żeby "wypisać" emocje związane z chorobą mamy. To na jakimś etapie było pomocne. Zawsze wolałam pisać niż mówić. Zaliczyłam też wizytę u psychiatry, niestety na NFZ. Wygląda to tak, że spędza się w gabinecie mniej więcej tyle czasu ile trwa wypisanie recepty. Lek pomógł, wyciszyłam się. Skutki uboczne - brak. Włosy mi nie wypadły, nie przytyłam, a nawet schudłam :)

W maju miałam urlop - byłam w schronisku dla koni "Tara". Cudowne, cudowne, cudowne miejsce. Wklikajcie sobie w net. Polecam każdemu wirtualną adopcję konika. To tylko 20 zł miesięcznie a satysfakcja gwarantowana.

A Ziemia toczy, toczy swój garb uroczy... tak i moje życie się toczy. Bez wielkich zmian, ale i na szczęście na razie bez wielkich tragedii. Mama słaba, ale wciąż na chodzie. To najważniejsze.

Dzisiaj jestem wdzięczna za to, że mam pracę, za dobre śniadanie, za szybką wizytę u lekarza i słońce za oknem.

Dobrego dnia!

poniedziałek, 02 lutego 2015

Byłam, przeżyłam, przegrałam.

W sobotę wieczorem na totalnym spontanie zapisałam się na "speed dating" w jednym z warszawskich klubów. Na nic się nie nastawiam oprócz dobrej zabawy i ewentualnego poznania fajnych ludzi. Sala zdecydowanie za mała. Nie były to krótkie rozmowy tylko wymiana krzyków. Ludzie bardzo różni, od zamkniętych w sobie informatyków po pewnych siebie "drwali". Rozmowy 4 - minutowe. Z niektórymi brakowało czasu, z innymi ten czas dłużył się niemiłosiernie i marzyłam, żeby zadzwonił dzwonek. Na formularzu kontaktowym zaznaczyłam 5 osób. To byli faceci w odpowiednim wieku, wydawało się, że zrównoważeni, normalni. Dobrze się z nimi gadało. I wiecie co się okazało - że nie mam żadnych dopasowań. To by nawet było pół biedy, ale przy okazji okazało się, że nikt mnie nie wybrał. Przy podawaniu wyników, oprócz ewentualnych wspólnych trafień podają również ile osób Cię wybrało. Ok, nie nastawiałam się na to że od razu będę miała 5 strzałów trafionych. Spoko, ale żeby żaden z tych 25 facetów nie miał ochoty mnie poznać? To okazało się zwyczajnie przykre. I skłoniło do refleksji. Jaka powinna być dzisiejsza dziewczyna, żeby spodobać się facetowi? Nie mówię o wyglądzie, traktuję go w tym momencie jako rzecz drugorzędną. Mam swoje pasje, jestem samodzielna radosna - to o co chodzi. O to, że zamówiłam piwo bo nie lubię wytrawnego wina? Czy o to, że interesuję się teatrem i chodzę na warsztaty, a połowa panów z braku innych pasji "kocha ćwiczyć" mimo wyglądu "pospolitego szczupaka". Zastanawiam się co poszło nie tak, że nawet mężczyzna przedstawiający się jako reżyser teatralny nie zareagował na wspólną pasję. Nie wahałam się zaznaczając tych, których wybrałam, ponieważ to były fajne, swobodne rozmowy. A tu spotkało mnie pewne rozczarowanie, było nie było. Paradoksalnie poznałam 3 fajne dziewczyny, niestety nie wymieniłyśmy się kontaktami. Ale przez resztę wieczoru bardzo dobrze bawiłam się w ich towarzystwie. Może czas zmienić orientację.

Pewnie pójdę jeszcze raz na coś takiego i spróbuję zmodyfikować nieco swoje zachowanie głównie w kwestii zadawania pytań, bo być może byłam za mało kreatywna i zobaczymy. A jeśli sytuacja się powtórzy to pożegnam tego typu imprezy na dłuższy czas. Zdarzenie nie obniżyło mojej samooceny, ale jednak okazało się przykre. A przy okazji - podjęłam próbę zapisania się do biura matrymonialnego i niestety to które znalazłam w dostępnym dla mnie zakresie cenowym nie przyjmuje zapisów do marca, a z innego nie oddzwonili do dzisiaj mimo zapewnień o kontakcie w ciągu 24h. Miłosna energia chyba wokoło mnie na razie nie krąży. 

Nowości z Rakonii - jutro mama idzie na konsultację w sprawie naświetlań. Pożyjemy, zobaczymy. Znowu stres.

 

poniedziałek, 05 stycznia 2015

Moja mama musi zrobić rezonans magnetyczny głowy. Skierowanie dostała jeszcze w grudniu. Wiele telefonów do różnych przychodni i identyczne odpowiedzi - najwcześniej w maju, czerwcu, listopadzie...żal. Nie umniejszam potrzeby stworzenia pakietu onkologicznego, ale co z tymi, którzy zachorowali przed 2015 jak moja mama? Chyba może sobie spokojnie umierać. Ale właściwie nie o tym miał być ten wpis. On ma być przede wszystkim o dobrych uczynkach. Bo choć to trudne do uwierzenia dostałam niejako w prezencie pieniądze na to, żeby mama zrobiła to badanie prywatnie. Powiedziałam, że oddam jakoś w ratach i pewnie będę się starała to zrobić, ale tak na prawdę nie muszę tylko chcę. Dostałam je od właściwie obcej mi osoby i do tego zupełnie bym się po niej takiego szlachetnego gestu nie spodziewała. Jak się okazuje są jeszcze dobrzy ludzie na tym świecie, którzy bezinteresownie są chcą komuś pomóc. 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 10
trwa inicjalizacja, prosze czekac...